Czarne msze i święta wagina

Nigdy nie byłem religijny. A może wręcz przeciwnie. Bo wszelkie religie w jakiś mniej lub bardziej wyraźny sposób próbują ograniczyć seks. Jednak tym razem zawładnędnęła mną jakaś pogańska, nieznana siła.

Czas studiów to też czas koncertów na Wyspie Słodowej. Często grano tam mocnego rocka czy heavy metal. Przybywały tam dziesiątki mniej lub bardziej znanych zespołów. Spędzałem tam całe noce. Słuchaczki tego typu muzyki były wyjątkowo wyzwolone. Zdarzało się, że na koncercie, gdy zagrała chemia to nieznana sąsiadka okazywała się wyrafinowaną kochanką. W ciemności ręce błądziły po wszystkich zakamarkach ciała. Dzika muzyka potęgowała namiętność. Wsuwałem ręce pod krótkie sukienki i spódniczki. Poznawałem najsłodsze zakamarki nieznanych ciał. Ich ręce rozpinały mój rozporek, tarmosiły węża ciemności aż do ekstazy. Ciemny tłum dookoła nam nie przeszkadzał a wręcz wzmagał w nas pożądanie. Muzyka, taniec, tłok, rozedrgane ciała…

Zimową porą koncerty przenosiły się do Studni. Ta studencka knajpa promowała czarny metal i gotyk. Właściwie nie można się było tam nawet wzajemnie usłyszeć. Trzeba było krzyczeć, aby przebić się przez takty dzikiej muzyki.

Spotkałem ją przypadkowo. Siedziała przy sąsiednim stoliku. Czarne długie włosy i ponury „gotycki” makijaż. Skórzana spódniczka ukazywała nogi do nieba. A ja poszedłbym za nią do samego piekła. Nasze spojrzenia parę razy się spotkały. Nie wypadało się uśmiechać, muzyka na to nie pozwalała. Jej grupa się przerzedziła, część poszła zamówić piwo, inni rozmawiali na osobności. Przyciągnęła mnie spojrzeniem. Podszedłem prawie mimo woli. Zajrzałem w jej ciemne oczy. Zapytała cynicznie „Kim jesteś, drągalu?” „Mógłbym być czcicielem twojej świętej waginy” – powiedziałem nie przestając patrzeć jej w oczy. „To wskakuj pod stół i oddaj jej cześć” – rzuciła po chwili podnosząc długi ciemny obrus. Nie czekałem długo. Nie wiem, czy ktoś zwrócił na to uwagę, ale zupełnie o to nie dbałem. Wślizgnąłem się pod stół i od razu byłem przy jej ślicznych nogach. Zsunęła się niżej z krzesła. A ja odkryłem, że pod skórzaną czarną spódniczką nie ma żadnej bielizny. Czarne pończochy kończyły się wysoko na ponętnych udach. Cipka była wygolona i pomalowana czerwoną szminką. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Pachniała mocnym wyrazistym perfumem. Najpierw zlizałem całą szminkę ze sromu. I włożyłem język do wilgotnego środka. Zacząłem nim ruszać w rytm ogłuszającej muzyki. Czułem jak jej ciało na przemian sztywnieje i rozluźnia się. Zjechała jeszcze głębiej z krzesła. Z językiem w środku, ustami pełnymi spływającej na mnie wilgoci, nosem w wargach sromowych byłem w seksualnym niebie. Nabożeństwo trwało w nieskończoność, bo czas się zatrzymał. Dłońmi obejmowałem jej kształtny tyłeczek. Palcem trafiłem prosto w odbycik. Zauważyłem, że też chciał być pieszczony. Więc wysuwałem i wsuwałem go do środka. Perkusja zaczęła grać solo. A ja byłem w siódmym piekle. Diablica dochodziła długo. Zaczęła sama nadziewać się na mój język i palec. Perkusista przedłużał zakończenie. Na sam koniec utworu zesztywniała. Kiedy wybiło ostatnie uderzenie o talerze, zacisnęła w ekstazie moją głowę swoimi udami. A ja spuściłem się w tej samej chwili w spodnie. Choć nikt mnie nie dotykał. Nawet nie zauważyłem, że towarzystwo wróciło do stolika. Musiałem się przepychać, wychodząc spod obrusa. Krótkie zdziwienie wymalowało się na ich twarzach. Spojrzałem na dziewczynę, której imienia nawet nie poznałem. Ale za to dogłębnie jej cipkę. Uśmiechnęła się przelotnie i jakby nigdy nic wróciła do rozmowy ze znajomymi. A ja zlizywałem smak jej wilgoci ze spracowanych ust. Popiłem piwem. I tak skończyły się pewne nocne nieszpory. Jeszcze nieraz widywałem ją na metalowych imprezach. Nasze spojrzenia się krzyżowały. Patrzyliśmy na siebie zwierzęco i na tym się kończyło. Pewnie każdy z nas przypominał sobie wtedy chwilę ekstazy. I to nam wystarczało.

Uniwersytutki

Studiując na Politechnice przeżywałem bolesne chwile. Nagle zabrakło w moim otoczeniu kobiet, które tak doprowadzały mnie do szaleństwa. Na uczelni można było je policzyć na palcach. I w dodatku były daleko ode mnie. Na kierunkach bardziej związanych z marketingiem. Przeżywałem katusze.

Odrabiałem to wieczorami. W czasie weekendów. Inni wyjeżdżali do domu a ja polowałem. Zapuszczałem się na obszary Uniwersytetu. Tam był mój raj. Nagle wracałem do świata kobiet. I w dodatku spragnionych czułości, miłości i oczywiście sexu. Czasami wystarczył kupiony drink a czasami jedynie uśmiech. Transakcja wiązana.

W Związkach Twórczych organizowano wówczas dyskoteki. Przybywały na nie całe chmary spragnionych filolożek, kulturoznawczyń, etnolożek i bliżej nieokreślonych humanistek. Wiele z nich było naprawdę wyzwolonych, niestandardowych, nastawionych na “carpe noctem”.

Przeżywałem chwilę uniesienia w uniwersyteckich akademikach, gdzie lądowałem w studenckich łóżkach. Na jedną czy nawet parę nocy. Dopóki żeśmy się sobą nie znudzili.

O jednej z przygód muszę wam opowiedzieć. Spotkałem je trzymające się za ręce. W ciemności. Tego typu miłość nie była wówczas tak popularna. Spróbowałem wyrwać do tańca wyższą. Odmówiła. Patrząc hardo w moje oczy. To mnie jeszcze bardziej nakręciło. Przyniosłem drinki dla obydwu. Wzięły nie dziękując. Wysoka była na swój sposób ładna. W świetle zobaczyłem przycięte na krótko brązowe włosy i wspaniałe ciemne oczy. Krótki podkoszulek odkrywał pępek z błyszczącym wbitym w niego świecidełkiem. Zadrżałem. Oczami wyobraźni zobaczyłem, jak wbijam się do niego językiem.

Przy drinku zacząłem zagadywać. Stałe pytania – gdzie studiują, jakiej muzy słuchają… Patrzyły na mnie z jakimś wyrzutem. Już chciałem odchodzić, gdy wyższa zapytała a właściwie stwierdziła – Pójdziesz z nami! OK, zgodziłem się, nie wiedząc za bardzo, na co…

Szliśmy ponurym parkiem w milczeniu. Dotarliśmy do jakieś kamienicy. W środku pokój z piecykiem-kozą, w którym niższa zaczęła rozpalać ogień. Z nerwów gadałem jak najęty. Opowiedziałem pół swojej pracy magisterskiej, nie wiadomo po co. Dziewczyny nawet nie udawały, że słuchają. “Jest ciepło, możesz się rozebrać” – powiedziała niższa. Zdjąlem kurtkę i sweter. “Wszystko” – dodała nawet nie patrząc. Nie oponowałem. Stanąłem jak Adam w raju, przebierając trochę nogami. Nie z zimna, bo było już ciepło. Dziewczyny pozostały w ubraniach. Siadły na brzegu łóżka. Zaczęły mi się przyglądać. Niższa była brzydsza. Z grubymi brwiami i trochę szczurzymi oczami. Wzięła do ręki mojego fiuta. Nachyliła się i włożyła go sobie do buzi. Sam czubek. I popatrzyła na wyższą. Tamta wzięła do ręki jaja. Zadrżałem i poczułem ogromną erekcję. Nigdy dwie kobiety nie pieściły równocześnie moje klejnoty. A właściwie nie pieściły. Trzymały. Jak jakiś rekwizyt. Ale i to doprowadzało mnie do szaleństwa.

Puściły mnie i zajęły się sobą. Całowały się i rozbierały równocześnie. Wyższa była piękna. Choć miała małe piersi. Niższa wręcz przeciwnie. Położyły się i zaczęły się pieścić w pozycji 69. Patrzyłem oniemiały. Znały swoje ciała i potrzeby na pamięć. Przewróciły się z boku nie przestając się lizać. Zobaczyłem wypięty w moją stronę tyłeczek wyższej. Na chwilę odwróciła się do mnie i powiedziała – “atakuj”. Nie trzeba było mi powtarzać. Wskoczyłem i wsunąłem mojego kutasa miękko w wypięto cipkę. Szalałem na pieska jak oniemiały. W pewnym momencie poczułem, że niższa ssie moje jajka. Wyłem jak oniemiały. Wyższa zaczęła dochodzić. Widziałem, że zastygły w długim pocałunku. Nastąpiła zmiana. Teraz dźgałem niższą. Wyższa zarzuciła mi ręce na tyłek i zaczęła pieścić moją dziurkę. Byłem w jakimś seksualnym niebie. Historie o hurysach stały się rzeczywistością. Znowu zmiana. Wyższa powiedziała – “teraz tylna dziurka”. Ochoczo spełniłem rozkaz. Wszystko było śliskie i przyjemnie ciepłe. Zmiana. Niższa u góry.

“Przychodzisz w soboty” – powiedziała niższa na odchodne. Do końca semestru miałem wszystkie sobotnie wieczory zajęte. Promotor pytał, skąd nagłe opóźnienia w pracy magisterskiej. A ja dupczyłem przecież dwie nimfy i nic nie mogło być ważniejsze. Zaczęło się lato i pewnej soboty zastukałem w okno. Tym razem drzwi nikt nie otworzył. Wszystko, co piękne, kiedyś się kończy.

Pielgrzymkowa miłość

Wypatrzyłem ją na maturze. Była starszą siostrą koleżanki z klasy. Przynosiła nam kanapki i uśmiechała się jak nikt inny. Była tzw dziewczyną z I ligi. Wysoka, długonoga, z wymarzoną figurą i niedostępna jak żadna inna. Patrycja, bo tak miała na imię, była też aktywną działaczką kościelnej oazy. Już w przerwie w czasie matur zagadałem. Jak grochem o ścianę. Pewnie siostra opowiedziała jej o mojej sławie-niesławie. Potem wpadliśmy na siebie na mieście. Przystanek autobusowy, jej blond włosy rzucały się z daleka. Wsiadając za nią do autobusu, byłem już przygotowany. Podszedłem do miejsca, gdzie siedziała i rzuciłem wierszem Leśmiana: „Czy nie słyszysz, jak obłok szepcze… Śpiesz się, dziewczę, spragnione pieszczoty bezkresnej!” Uśmiechnęła się i zapytała: Poeta? „To nie ja tylko Leśmian” – odpowiedziałem. Powspominaliśmy maturę i na końcu zapytałem, czy się ze mną umówi. Popatrzyła na mnie z uśmiechem i powiedziała, że tylko wtedy, gdy pójdę na pielgrzymkę. Zaniemówiłem. Pielgrzymka? To zupełnie nie moja bajka. Pod koniec sierpnia już czytałem, skąd odchodzi pielgrzymka z naszego miasta. Znalazłem ją od razu. Prowadziła ciepłym głosem rozważania, trzymając w białych, ślicznych dłoniach mikrofon. Jedyne na co było mnie stać na pielgrzymce to noszenie ciężkich głośników. Wieczorem otrzymałem zaszczyt masowania obolałych pleców. I oczywiście nic więcej. Następnego dnia ruszyłem nawet do spowiedzi. Młody ksiądz się uśmiał, bo nie pamiętałem nawet regułek. Skończyło się na nieprzyjemnej rozmowie. Ale chyba zacząłem być zauważany. Patrycja codziennie obdarzała mnie swoim niebiańskim uśmiechem.

Ostatni nocleg przypadł w małej miejscowości. Nie było za dużo miejsc po domach, więc nocowaliśmy też w stodołach na sianie. Miałem w odróżnieniu od innych porządny śpiwór. W nocy ni stąd ni zowąd usłyszałem szept: „Mogę się położyć z tobą, tu chyba jest pełno myszy. Ale obiecej, że będziesz grzeczny”. Nie byłem. Po pierwsze mój wyposzczony pyton urósł od razu do niespotykanych rozmiarów, po drugie sama Patrycja się nim od razu zaciekawiła. Zaczęła się o niego ocierać swoim tyłeczkiem. Pyton rósł coraz bardziej. Być może miała nadzieję, że wystrzeli od samego ocierania. Jałowe nadzieje. Zacząłem ją delikatnie całować po karku. Chyba trafiłem w jakieś czułe miejsce, bo dziewczyna zrzuciła swój dres. Teraz mogłem poznawać palcami całe jej boskie ciało. Zakończyliśmy zakleszczeni w jakieś kombinacji pozycji „na boku”, ale z rozsuniętymi nogami. Patrycja drżała wycieńczona. „Zgrzesziliśmy” – powiedziała. „No tak, ale od czego jest ksiądz Grzegorz” – odparłem. „Masz rację, jutro się wyspowiadamy”. Jakoś nie dotarłem do spowiednika. Czułem się rozgrzeszony już w trakcie. Jakoś tak sam z siebie.

Pani Profesor

Czwarta klasa liceum to czas osiemnastek. I zaliczania osiemnastek:-) Imprezy zaczęły się już na wiosnę w trzeciej klasie, ale wtedy byłem całkowicie pochłonięty rudą Agą. Dopiero latem w czasie wakacji, gdy minęła rozpacz po wyjeździe mojej miłości, utonąłem w ramionach innych. Przylgnęła do mnie etykieta faceta od rozdziewiczania i trzeba przyznać, że nawet mi to pasowało. Na osiemnastkach suto zaprawianych „wyborową” i winem Kadarka dokonywałem tych aktów z prawdziwym oddaniem. Lizałem wzbudzając zachwyt i poznając różnorakie smaki nastoletnich cipek, trenowałem mojego rumaka po ciemnych pokoikach, łazienkach a nawet strychach. Córkę badylarza rozdziewiczyłem nawet w jego szklarni wśród młodych „dąbków”.

Ale w czwartej klasie rozpoczęła się inna przygoda, którą zapamiętałem na całe życie. Postanowiłem pójść na politechnikę, wiėc trzeba było przygotować się do egzaminów. Stwierdziłem, że największe braki mam w chemii i wypada załatwić sobie korepetycje. Zapytałem moją Panią Profesor a ta zgodziła się od razu. Była to młoda nauczycielka, ledwo po trzydziestce, mężatka, jak się dowiedziałem. Nasza chemica była również harcerką i opiekunką jakieś drużyny w szkole. Przychodziła więc w każdy wtorek ubrana w harcerski mundur. Powiedziała, że ten dzień najbardziej jej pasuje, bo i tak czeka w pokoju nauczycielskim na wieczorną zbiórkę.

Korki polegały na tym, że najpierw wyjaśniała mi krótko jakiś blok materiału a ja później rozwiązywałem zadania. Sama w tym czasie sprawdzała klasówki albo robiła jakieś notatki. Zwykle szybko robiłem zadania a potem patrzyłem na nią marząc o jej ponętnym dojrzałym ciele. Uwielbiałem patrzeć na guziczki harcerskiej koszuli, która rozchodziła się na okazałych piersiach. Wpadłem też na pewien pomysł. Ponieważ siedziałem w ławce pod jej biurkiem, upuszczałem specjalnie długopis i nurkowałem na dół. Tam dokonałem niezwykłego odkrycia. Pani Profesor siedząc w harcerskiej mundurowej spódnicy rozsiadała się wygodnie i rozszerzała nogi. Podchodziłem ostrożnie pod samo biurko i wkładałem niemalże całą głowę pomiędzy jej nogi podziwiając boskie widoki. Intrygował mnie zwłaszcza zapach jej kobiecości. Pewnego razu, kiedy niemal zapomniałem o całym świecie między jej nogami, niespodziewanie się poruszyła, dotykając udami mojej głowy. Najpierw zesztywniała, potem zapytała: – G. Masz osiemnaście lat? Odpowiedziałem: – Tak, Pani Profesor, skończyłem w marcu. Wstała od biurka. I ku mojemu zdziwieniu ściągnęła majtki. I siadła znowu rozszerzając nogi. Na to przyzwolenie przybliżyłem głowę bliżej, obwąchując dokładnie jej kobiecość. Chuchałem i dmuchałem a dookoła rozchodził się cynamonowo-waniliowy zapach. Dotknąłem końcem języka jej zupełnie mokrą już cipeczkę. Westchnęła i zaczęła się poruszać. Góra – dół – góra… I na boki. W końcu objąłem wargami te cuda, próbując wtłoczyć mój język do środka. Pani Profesor jęczała w uniesieniu. Na następnym korku sama zapytała: – G. Dlaczego nie spadł ci dzisiaj długopis?

Ostatnie korepetycje uświęciliśmy zrzuceniem całego harcerskiego munduru i wypróbowaniem różnorakich pozycji na chemicznym biurku. Ujrzałem ponętne ciało młodej Profesorki, jej dojrzałe jak grejfruty piersi i rumak stał na boczność przez półtorej godziny „korepetycji”. Po amorach powiedziała mi, że już dawno czegoś takiego nie przeżyła. Mąż ciągle w delegacji a jej młode ciało domaga się rozkoszy.

Na studniówce była tradycja, że chłopcy zapraszają do tańca nauczycielki. Oczywiście podszedłem do mojej Pani Profesor od chemii. Była zachwycona.

Licealne dyżury

Miałem to szczęście albo i nieszczęście trafić do ogólniaka. Na 6 chłopaków w klasie przypadało 26 dziewczyn. Blondynki, brunetki no i oczywiście ruda Agnieszka, która wzbudziła od razu moje zainteresowanie.

W zwyczaju tejże szkoły były tzw „piwniczne dyżury”. Takżeśmy je nazywali, ponieważ miały miejsce pod szatniami w piwnicy starego budynku. Codziennie dwie osoby pilnowały porządku, by nie kręciły się tam niepowołane osoby. Zwykle odbywało się to w kolejności alfabetycznej wg dziennika. Tak się złożyło, że ruda Agnieszka miała również nazwisko na G. i zwykle razem spędzaliśmy te niezwykłe szkolne dni. Nie było za bardzo co robić. W czasie lekcji nikt się po szatniach nie kręcił. Zwykle odpisywaliśmy zaległe lekcje i słuchaliśmy „kaseciaka” z polskim rockiem. Gdy byłem z Agnieszką na dyżurze powtarzaliśmy chemię i fizykę, z których Aga nie błyszczała. Dla mnie, ścisłowca, były to ulubione przedmioty. Aga wiedziała, że ją bardzo lubię. Zwykle na dyżury zakładała bardzo krótkie spódniczki. Chemia między nami narastała coraz bardziej. Nie znosiłem, gdy nazywano ją „Ruda” albo „Marchewka”, nieraz rzucałem się od razu na takich delikwentów. Zatem wszyscy wiedzieli, że się w Adze „durzę”. Często wracaliśmy razem ze szkoły, śmialiśmy się do rozpuku wspominając codzienne wymysły nauczycieli. Ale to właśnie na szkolnym dyżurze miał miejsce nasz pierwszy raz.

Tego dnia słuchaliśmy Lady Pank. Ponieważ wiosna dała o sobie znać, Aga miała na sobie bardzo krótką spódniczkę. Uwielbiałem patrzeć na jej długie nogi. Całe w ślicznych piegach. Ale tym razem to Aga zrobiła pierwszy krok. Zauważyła na moich spodniach wybrzuszenie i zapytała, czy może dotknąć. Oczywiście zgodziłem się na to bez zająknienia. Swoimi długimi palcami zaczęła gładzić moje wybrzuszenie. Otworzyła rozporek i wsunęła rękę do środka. Zaczęła mnie cudownie pieścić. Nagle zza rogu wyłoniła się nasza woźna i zapytała, czy widzieliśmy przechodzące sprzątaczki. Na szczęście siedzieliśmy z Agą za szkolną ławką z zasłonietym frontem. Aga spokojnie odpowiedziała woźnej nie przestając mnie pieścić. Dobrze, że woźna mi się dobrze nie przyjrzyła, bo na pewno na twarzy miałem wymalowaną mieszankę rozkoszy i …zaskoczenia. Woźna odeszła a Aga dalej słodko mnie pieściła. Zaczęliśmy się całować a ja postanowiłem dostać się do jej skarbów. Włożyłem rękę pod spódniczkę i odsunąłem delikatnie na bok majteczki. Poczułem meszek włosków a pod nimi rozpaloną i mokrą już szparkę. Całowaliśmy się wypijając nawzajem swoje soki. Ręce pracowały do rytmu naszych pocałunków. Tempo i intensywność pieszczot ciągle miarowo wzrastały. Moja ręka ślizgała się prawie pomiędzy nogami Agnieszki. I równocześnie poczuliśmy ogromną przyjemność. Zabrakło nam niemalże oddechu. A nasze serca biły jak oszalałe.

Następnego wieczoru w pokoju Agnieszki postanowiliśmy pójść na całość. Nikogo nie było w domu. Na życzenie Agi kupiłem gumki. Zobaczyłem pierwszy raz jej cudowne białe ciało całe w piegach. Nad łonem wznosiła się mała, przycięta kępka rudych włosów. Gdy wziąłem do ust to co było pod nią, smakowało nieznanymi mi przyprawami. Delikatnie muskałem wargami te cudowności a płynów coraz bardziej przybywało. Aga zatrzymała moją głowę i spojrzała znacząco. Nałożyła mi prezerwatywę a ja ochoczo wskoczyłem do środka. Poczułem lekki opór, Aga cicho jęknęła… Popatrzyłem jej w oczy. Uśmiechnęła się i poruszyła zachęcająco biodrami. Zacząłem się znowu w niej poruszać. Coraz szybciej… Aga się zatrzymała i tym razem ona weszła na górę. Zaczęła mnie ujeżdżać a ja zachwycałem się widokiem jej falujących piersi z malinowymi sutkami. Wziąłem je delikatnie w ręce. Dziewczyna jeszcze bardziej się rozpaliła. I znów doszliśmy razem do ekstazy. I leżeliśmy zmęczeni sklejeni potem.

Pod koniec trzeciej klasy Agnieszka wyjechała z miasta. Tato – wojskowy dostał przydział na drugim końcu Polski. A my pisaliśmy do siebie gorące stęsknione listy. Już nigdy więcej jej nie zobaczyłem.

Wiejskie dyskoteki

Kończąc podstawówkę zacząłem z kumplem Hubertem, jeździć motorowerem na dyskoteki w pobliskich wioskach. Nie było to bezpieczne, bo można było oberwać od miejscowych meneli już za jeden taniec z dziewczyną z ich wioski. Nie mówiąc już u uprawianiu jakiś sex-gierek

Były zasady, jak twierdził dwa lata starszy ode mnie Hubert. Żadnego macania na maxa od razu, bo można było zdobycz spłoszyć. Najpierw delikatne gładzenie po ręce, włosach. Potem przy wolnym kawałku, patrząc głęboko w oczy można spróbować pocałunku. Przy następnym wolnym kawałku można już całować z języczkiem. Potem delikatnie zjeżdżamy ręką z tali do tyłeczka. Dalsza część już na zewnątrz, albo na ławce (wersja wygodna) albo na trawie gdzieś pod drzewem (wersja mniej wygodna). 

Na ławce, trawie czy okolicznych łąkach przejmowałem już inicjatywę po swojemu. Po długim całowaniu z języczkiem, można było zacząć macanko. Dziewczyny były na ogół chętne, ale do pewnego momentu… 

Pieściłem, całowałem ich młode jędrne piersi a potem przechodziłem do całowaniu dolnych skarbów. Były tym zdziwione, nikt im tego nie robił. Zdejmowałem im majteczki i nurkowałem między nogami. Dokładnie według nauk Gabrysi i Gosi. Prosiłem później by też mnie popieściły ustami, ale one zwykle chciały jedynie rączką. 

Poza jednym wyjątkiem. Aneta przyjechała na wakacje do babci z miasta. Po całej udanej grze wstępnej wg Huberta odprawadzałem ją do domu. Przysiedliśmy na opuszczonej ławce w parku. Zacząłem znowu ją całować i gmerać po jej ślicznym drobnym ciałku . Piersi miała jak pączki. Sutki ochoczo twardniały w moich palcach. Rozchyliłem sukienkę i zacząłem je całować. Powoli przechodziłem w dół a Anetka położyła się na ławce. Lizałem jej brzuszek i wierciłem językiem w pępuszku. Ręce ciągle pieściły piersi. Zszedłem w dół i delikatnie lizałem szparkę. Aneta zaczęła pojękiwać. Lizałem na przemian łechtaczkę i dziurkę. Zacząłem pomagać sobie palcami. Aneta podnosiła i opuszczała biodra delikatnie nabijając się na mój języczek. Po którymś uniesieniu została nieruchomo i szybko wypuściła powietrze. Poprosiłem, aby wzięła mojego wyprężonego pytona do buzi. Zapytała, co ma zrobić. Powiedziałem, by go ssała i próbowała połknąć. Teraz ja położyłem się na ławce. Anetka siadła okrakiem na mojej twarzy i przystąpiła do pieszczot. Znów miałem dostęp do jej skarbów. Poruszaliśmy się jak w letargu. Ja lizałem, wbijałem język w jej szparkę a ona sssssssała. Niebo na ziemi. Tym razem doszliśmy razem. Aneta wylizała mojego żołnierza i stwierdziła, że smakuje spoko, trochę gorzkawo jak grejpfrut. Spotykaliśmy się na ławce wieczorami. Urozmaicaliśmy nasze oralne gierki. Lato oralnych zabaw zbliżało się ku końcowi. 

Aneta wróciła do miasta a Hubert wkrótce musiał się ożenić. Przekroczył reguły i zaciążył jakąś panienkę. Tak się kończy sex bez zabepiezpieczenia. 

Mój pierwszy analek

Gabrysia wyjechała tej jesieni do Niemiec, więc usychałem z tęsknoty. Waliłem rumaka, wspominając  namiotowe lizanka.

Na zimowe ferie pojechałem z ojcem w góry do rodziny. Tam mieszkało sporo mego kuzynostwa  ze strony matki. Zjeżdzaliśmy cały dzień na sankach i workach ze słomy z wielkiej góry. Pod wieczór zobaczyłem ją pierwszy raz. Moja najstarsza kuzynka Gosia była biegaczką narciarską. Wróciła wieczorem z treningu. Podobno próbowała dostać się do reprezentacji Polski. Była conajmniej dziesięć lat starsza ode mnie. Dres opinał jej wysportowane mięśnie. Piękne wydatne piersi wywołały w moich spodniach takie zamieszanie, że postanowiłem ulżyć sobie pod prysznicem.

Późnym wieczorem dorośli pili bimber a ciotka rozdzielała dzieciaki do łóżek. Jaka była moja konsternacja, gdy z powodu „braków łóżkowych” trafiłem do pokoju najstarszej kuzynki i do łóżka razem z nią. Ciotka pewnie nie brała pod uwagę, że ten niewyrośnięty nastolatek ma już takie seksualne doświadczenie.

Oczywiście starsza kuzynka nie zwracała uwagi na takiego smarkacza jak ja. Wypytała mnie tylko trochę o szkołę a ja zaciekawiłem się kolekcją pucharów sportowych.

Położyłem się pierwszy do łóżka a Gosia czytała jeszcze książkę przy biurku. Po chwili zgasiła lampkę i położyła się obok. Miała na sobie długą nocną koszulę. Zacząłem się zastanawiać, czy ma pod spodem majtki. I w tym momencie pojawiła się straszliwa erekcja. Kuzynka przewróciła się na drugi bok i w tym momencie otarła się tyłkiem o mojego mustanga. Lekko zesztywniała i zapytała po chwili: Pokaż, co tam masz. I złapała mnie za rozgrzanego do czerwoności fiutka. O jaki fajniusi – stwierdziła z entuzjazmem. Kilka ruchów starczyło bym wystrzelił. Wyczułem małe rozczarowanie. Umiem dobrze lizać – jakbyś miała ochotę – zaproponowałem. Kuzynka na to uniosła w górę swoją nocną koszulę. W świetle księżyca zobaczyłem jej wspaniałe dwudziestoletne ciało. Miała duże trochę spiczaste na końcach piersi, płaściutki, wysportowany brzuszek a pod spodem lekko przycięte włoski na łonie. Tak jak uczyła mnie Gabrysia zacząłem od całowanie kolan i wysportowanych ud. Wspinałem się coraz wyżej aż do soczystej szparki, która zdążyła już zwilgotnieć. Lizałem delikatnie dziureczkę a potem posunąłem się wyżej ku znajomemu mi już guziczkowi. U dojrzałej kobiety było trochę inaczej, ale wszystko opływało smakowitymi sokami. Jej szparka miała smak rodzynek. Słodziutka jak miodzio. Lizałem bez wytchnienia i pieściłem rękami jej cudowne piersi. Były jędrne jak dwa arbuzy, a suteczki nabrzmiały miło pod moimi palcami. Gosia jęczała cichutko. Po kwadransie moich zabiegów wyczułem przyśpieszony oddech. Zacząłem intensywniej pracować językiem, a Gosia wepchała mi dwa palce do swojej szparki. Zacząłem je wsuwać i wysuwać, tak jak mnie prowadziła, nie przestają lizać guziczka. Po chwili Gosia zesztywniała i cicho krzyknęła. Zaczęła się prężyć i wić, ciągle z moimi palcami w swojej szparce. Miałem okazję zobaczyć orgazm dojrzałej dziewczyny. Coś wspaniałego. Gosia była spocona i uśmiech nie schodził z jej twarzy. Szepnęła: – Niezły jesteś. Byłam już nie raz ze starszymi od ciebie chłopakami, ale mogliby się od ciebie uczyć. Zasługujesz na nagrodę.

Mój pal zdążył oczywiście w międzyczasie zesztywnieć, ale ciągle był wilgotny od poprzedniego wystrzału. Gosia odwróciła się ponętnym sportowym tyłeczkiem i łapiąc mojego żołnierza, włożyła go sobie do tylnej dziureczki. Zaczęła się delikatnie poruszać, smarowidło zapewniało śliskie ocieranie. Było bosko. Wytrzymywałem już coraz dłużej. Czas stanął w miejscu a ja wystrzeliłem w Gosiny odbycik.

Następnego dnia pojechaliśmy niestety z ojcem do innego wujostwa. Byłem trochę niepocieszony ale w głębi duszy niezmiernie szczęśliwy. Gosia na odchodne puściła mi znacząco oczko.